- 75 752 38 34
801 011 046 - Napisz do nas
Zapytaj

„Chwała doskonałości!” – zakrzyknął na widok świątyni Angkor Wat Czou Ta-kuan, chiński wysłannik przebywający na khmerskim dworze w XIII wieku. Tysiące turystów oniemiałych z zachwytu i zdziwienia, powtarzają te słowa każdego dnia.
Ciemna sylwetka budowli przegląda się w małej sadzawce. Patrząc na nieskończoną doskonałość kształtów świątyni ukrytej w ostępach tropikalnego lasu, aż trudno uwierzyć, że jest ona dziełem Khmerów – ludu prymitywnego, żyjącego w prostych, bambusowych chatach. Sami Khmerzy do niedawna wierzyli, że wszystkie świątynie Angkoru zrodziły się w ciągu jednej nocy, z magicznego rozkazu bogów. Tymczasem
starożytna cywilizacja khmerska stworzyła dzieła, które wagą i rozmiarami przewyższają egipskie piramidy, a ich artyzm sięga doskonałości dzieł europejskiego renesansu. Między IX, a XIII wiekiem, kiedy Europejczycy obawiali się wypłynąć poza granice płaskiej Ziemi, przodkowie Khmerów zgłębiali tajemnice Kosmosu, odtwarzając obraz nieba na ziemi. Gdy w Londynie mieszkało mniej niż 30 tysięcy ludzi, w Kambodży miasto Angkor Thom liczyło ponad 1 milion mieszkańców. Kiedy wspaniałe gotyckie katedry wznoszono przez pokolenia, budowa Angkor Wat, największej świątyni świata, trwała zaledwie lat 30. Wszystkie te arcydzieła były zaś owocem pracy niewykwalifikowanych robotników, chłopów i niewolników poganianych batem nadzorcy.
Uśmiech Angkoru
Spokojny, majestatyczny zespół Angkor Wat. Mizdrząca się perełka Banteai Srei. Splecione w kamiennym uścisku z dżunglą Preh Khan i Ta Phrom. A może potężne i agresywne piękno Bajonu? Dziesiątki świętych budowli postawionych ku czci królów i bogów. Każdy znajdzie tu swój własny zakątek, ulubiony klimat, świątynię, która wywarła największe wrażenie. Ja najbardziej lubiłam siadać za plecami Buddy w świątyni Bajon. Z daleka przypomina bezkształtną ruinę, z bliska zaś widać jak z 54 wież świątyni wyłaniają się olbrzymie, kamienne twarze. To król Dżajawarman VII z obliczem Buddy uwieczniony 216 razy. Spod półprzymkniętych powiek śledzi każdy nasz krok. Mroczne krużganki i zakamarki świątyni dopełniają magicznej atmosfery. Wokół… 1200 metrów galerii pokrytych płaskorzeźbami.
Jest handlarz ważący rybę, dzieci bawiące się z psami, matka karmiąca niemowlę piersią i wojownicy ruszający do walki. Życie zastygłe w kamieniu. Niemal słychać gwar wypełnionych tłumem ulic, czuć zapach ważonych potraw. Jak przed wiekami. Niezliczone ilości okien. Ostatnie, najmniejsze skupia wzrok na przygarbionej sylwetce staruszka w białej szacie – świeckiego wyznawcy buddy-zmu. Pali kadzidła u stóp Buddy. Próbuje też nawrócić przechodzących turystów, a przynajmniej zarobić na nich. Instruuje jak oddawać cześć Oświeconemu, przepowiada wszystkim jednakowo pomyślną przyszłość i na koniec podstawia miseczkę na datki. Banknot jednodolarowy leżący na wierzchu nie pozostawia wątpliwości co do waluty, w jakiej należy uiszczać darowizny.
Ruiny i marzenia
Dzisiaj jedynym prawdziwym władcą Angkoru jest las tropikalny. Korony drzew zamykają się zielonym sklepieniem nad pałacami i świątyniami. Konary, przypominające wężowe sploty, sięgają wszędzie. Roślinność wdziera się na stopnie, pnie się po rzeźbach, wciska w szczeliny. Kamień kruszy się i rozpada. Klasztoru Preah Khan i świątyni Ta Phrom nie oczyszczono z roślin, by zachować magię tropikalnego otoczenia. Świadectwo równowagi między naturą, a cywilizacją. Cykl tworzenia i destrukcji ciągle trwa. Główną rolę odgrywa woda – największe zagrożenie dla budowli wzniesionych z piaskowca. Największe, ale zaraz po człowieku, który w pogoni za fortuną jest w stanie zbezcześcić każdą świętość. Na początku XX wieku antykwariusze w Bangkoku bez skrupułów proponowali rzeźby, które znajdowały się jeszcze na swoich pierwotnych miejscach. A pół kilograma kamieni z Angkoru warte było tyle co pół kilograma złota. Kilka dekad później dzieła zniszczenia dokończyli Czerwoni Khmerzy.
Nowa stolica
Kiedy w pierwszej połowie XV wieku Tajowie złupili Angkor, królowie khmerscy postanowili przenieść swoją siedzibę. W okolicach dzisiejszej stolicy mieszkała dama Penh. Pewnej nocy wezbrane wody rzeki przyniosły ogromne drzewo koki. Dama Penh chciała wykorzystać drewno, ale w wydrążonym pniu znalazła posążki Buddy i Wisznu. Natychmiast zrozumiała, że bogowie również opuścili święte miasto Angkor, a zatrzymując się u stóp jej domu w tym miejscu zamyślili założyć nową stolicę królestwa. Stąd dzisiejsza nazwa – Phnom Penh czyli wzgórze damy Penh. Pod koniec lat sześćdziesiątych Phnom Penh uchodziło za „piękne, czyste i kulturalne miasto”. Dzisiaj, po rewolucji Pol Pota wciąż się odbudowuje. Z każdym rokiem przybywa asfaltowych ulic, luksusowych hoteli i rezydencji. Choć nawet tutaj trudno ukryć zamiłowanie Khmerów do otaczania się górami śmieci. Wszędzie gwar-ne bazary uliczne, hałaśliwe, zdezelowane pojazdy, skrzypiące ryksze. Ulice zabarykadowane są straganami, chodniki zawalone workami z ryżem, suszoną rybą, owocami, przyprawami korzennymi i posążkami Buddy. Wszystko to mieni się w żarzącym słońcu, gotuje w tropikalnym ukropie i paruje ostrym zapachem khmerskich potraw – kolejnych wariacji na temat dań z ryżu.
Pola Śmierci
Oprócz bazarów z tanimi ciuchami każdej „marki” oraz płytami po 2 dolary za sztukę, największą „atrakcją” jest więzienie Tuol Sleng oraz Pola Śmierci. Odwiedzam oba miejsca, choć targają mną mieszane uczucia. Nie mam wątpliwości co do treści przesłania, lecz co do jego formy. Takie miejsca powinny istnieć i być pokazywane kolejnym pokoleniom, ku przestrodze. Ale czy w taki sposób? Każdy kierowca chce nas tam zawieźć, każdy przewodnik oprowadzić. Każdy folder reklamuje Phnom Penh kolczastymi drutami i zdjęciami pomordowanych więźniów. Tuol Sleng – miejsce tragedii tysięcy Khmerów to dziś największy biznes turystyczny stolicy. Wśród przyjezdnych panuje przeświadczenie (poniekąd słuszne), że oprócz miejsc pamięci nie ma tu co oglądać. Turyści zaczytują się w relacjach „tych co przeżyli”. Dyskutują o Pol Pocie i jego zbrodniach, porównując go z Hitlerem (czy był jeszcze gorszy, bo mordował własnych rodaków?), a wieczorami oglądają słynny film „Pola śmierci”. Na kilka dni stają się wrażliwsi na ludzką krzywdę, ból i cierpienie.
Matka Wszystkich Wód
Krótka wycieczka nad leżące nieopodal Angor Wat jezioro przywraca nas do współczesności. Wody jeziora spływają do Mekongu rzeką o tej samej nazwie. Ale każdego roku, w czasie pory deszczowej, rzeczka Tonle Sap zmienia kierunek. Menam Khong, czyli „matka wszystkich wód” niesie zbyt dużo wody z opadów i roztopów w Tybecie. Jej nadmiar zamiast spływać do Morza Południowo-Chińskiego wciska się do jeziora, kilkakrotnie powiększając jego rozmiary. Na jeziorze żyją rybacy, czerpiący korzyści z dobrodziejstw
jednego z najbogatszych w ryby zbiorników wodnych świata. Wahania poziomu wody są jednak zbyt wielkie, by mogli budować chałupy na palach. Dlatego żyją w pływających wioskach. To takie „khmerskie Wenecje”, poruszające się wraz przypływami i odpływami jeziora. Ludzie rodzą się, zakładają rodziny i umierają na wodzie. A obok pływających domków uprawiają warzywa i hodują świnie. Czasem gwałtowne burze dają im się we znaki. Nie myślą jednak o przeniesieniu się na stały ląd.
Od wieków imperium Khmerów było tyglem, w którym mieszały się kulturyi religie. Bóstwa hinduskie, buddyjskie i miejscowe – khmerskie zawsze żyły tu w harmonii. Dziś religią państwową jest buddyzm. Wciąż jednak te same kadzidła pali się u stóp posągów Buddy, Sziwy i Wisznu. A także u stóp królów-bogów. To właśnie kult dewaradża (króla, który po śmierci wcielał się w postać bóstwa, z którym identyfikował się za życia) przyczynił się do powstania świętego miasta. Każdy monarcha wznosił bowiem świątynię, by zachować nieśmiertelność. Bo bóg zapomniany przestaje istnieć, staje się jednym z niezliczonej rzeszy bezimiennych duchów przodków, którym stawia się skromne kapliczki koło domu. Ta swoista megalomania (w klasztorze Preah Khan 95 tysięcy służących oddawało cześć 515 posągom) zaowocowała arcydziełem architektonicznym, które w 1992 roku wpisano na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Nad wszystkim góruje tajemniczy uśmiech Angkoru, łagodny i pełen spokoju. Silnie kontrastujący z przerażającymi twarzami hinduskich bogów i demonów. To Budda spoglądający na przybyszów z bram i świętych murów.
Tekst: Katarzyna Sołtyk (Eden Magazyn SPA)